Wyjazdy na Litwę staja się ostatnio bardziej popularne, co jest interesujące w kontekście rosnącego napięcia w regionie. Z drugiej strony, okno historii, kiedy Litwa stała się dla turystów znowu ławo „zdobywalna”, wcale nie jest aż tak długie, jak mogło by nam się wydawać.
W moim przypadku było trochę z przypadku, bo pierwszy raz pojechałem do Wilna z misją lekarzy Stowarzyszenia Polonii Kanadyjskiej i pomagałem im na miejscu jako kierowca, przewodnik i ochrona, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Z tego wyjazdu zrodził się coroczny rytuał konwojów z pomocą dla polskiego sierocińca w Nowej Wilejce.
Konwoje jeździły do Wilna przez kilka lat, zabieraliśmy ze sobą ludzi związanych z samochodami 4×4. Raz, że terenówki dało się mocno załadować towarem, a dwa, że po wykonaniu roboty, uczestnicy mogli pobawić się na tamtejszych szutrach i w terenie co, za każdym razem, cieszyło się sporym powodzeniem.
Oprócz jazdy po szutrach, coroczne wyjazdy do Wilna oznaczały też niezbędną logistykę, w tym noclegi i wyżywienie. Nie trzeba też nikogo przekonywać, że miłośnicy off-roadu to również wdzięczni klienci wszelakich jadłodajni i nie lada smakosze. Tak to już jest w przypadku ludzi „co z niejednego pieca chleb jedli”.
To właśnie dlatego udało mi się za którymś razem odkryć świetne miejsce do spróbowania przysmaków litewskiej kuchni, której koronnym daniem jest, jak wiadomo, cepelin. Ktoś by powiedział, że to tamtejsza wersja naszej śląskiej pyzy, ale nie do końca się z tym zgodzę. Cepelin, czy Zeppelin, smakuje inaczej a najlepiej na Litwie.
Skoro tak, trafiliśmy do knajpy „Zemaičių ąsotis”, która wówczas mieściła się w kamienicy przylegającej do wileńskiej Starówki. Miejsce miało klimat, były tam nawet spore piwnice, w których urządzono kameralne sale do biesiadowania. Od tamtych czasów sporo się zmieniło, a przede wszystkim adres. Ale, i to chyba najważniejsze, smak pozostał.
W lokalu można spróbować wszystkiego, co tradycyjnie litewskie. Od wspomnianych cepelinów, przez zupy, placki, mięsa i wybór lokalnych piw czy zakwasów. Nie ma szans żebyście wyszli stąd głodni, raczej doradzałbym zaplanowanie kilku wizyt lub dzielenie dań, bo samemu przejeść kilka z nich jest raczej nie sposób.
Wracam tutaj praktycznie za każdym pobytem w Wilnie. Przyciąga mnie kameralny klimat, wspaniałe zapachy i smaki, oraz ciekawy wystrój knajpy, gdzie nie brakuje tradycyjnych talerzy i kubków. Język nie stanowi problemu, chociaż faktycznie zdawało się trafić na kelnerów ostentacyjnie ignorujących próby mówienia po polsku.
No results available
No results available
Nasze aplikacje w twoim telefonie