Nie jest sztuką pojechać na koniec świata w poszukiwaniu urokliwego zakątka. Dużo ciekawsze jest znalezienie w tym celu miejscówki, do której jesteśmy w stanie dostać się w realistycznym czasie. Traf chciał, że do „Krokodyla” dotarłem zupełnym przypadkiem. Akurat bowiem szukałem miejsca na obiad.
Jezioro Mielno ma tę wielką zaletę, że jest długie i dzikie czyli nie znajdziemy na jego brzegach licznych plaż i zbiegowisk ludzkich. Poza tym, jest również strefą ciszy, czyli amatorzy porykiwania silnikami skuterów wodnych i motorówek, nie mają tu czego szukać. Owszem, można akwen przemierzać, ale wyłącznie z pomocą wiatru lub wioseł.
„Krokodyl” to miejsce kameralne. Jest kilka domków i kilkanaście pokojów w pawilonach. Można też zanocować w namiocie, ale na to nie ma tu zbyt wiele miejsca. Podobnie jak dla przyczep kempingowych, których w ośrodku naliczyłem w zasadzie na palcach jednej ręki. I znowu, może to i źle, ale cenię sobie ciszę i spokój. I te warunki właśnie tutaj znalazłem.
Nocowaliśmy w jednym z domków. Optymalny dla dwóch osób, ale pomieści pewnie nawet i cztery. Jeśli wybieracie się z dwójką małolatów, lepiej żeby czas wolny od dorosłych spędzali na terenie. Jest boisko, świetlica a przede wszystkim niewielka plaża. Gdyby wszyscy chcieli ścisnąć się w niewielkim domku, szybko mogłoby dojść do niesnasek.
O ile wiele wyjazdów kończy się niemal ciągłym gotowaniem, tutaj można polegać na całodziennym wyżywieniu. Bufety poranny i popołudniowy są wystarczające i nie wydaje mi się, by mogły krzywdzić podniebienie. Wiadomo, nie ma co liczyć tutaj gwiazdek Michelin, ale głód nam nie grozi a widok z tarasu restauracji wart jest co najmniej jednej z nich.
No results available
No results available
Nasze aplikacje w twoim telefonie