Jest taki niepozorny model z palety General Motors, który wyróżnia się agresywnym wyglądem. Chevrolet Aveo, bo o nim mowa, zabudowany jest na mechanice Corsy i w swoim poliftowym wcieleniu ma wejrzenie godne, co najmniej, Camaro. I jak tan na niego patrzę, to przypomina mi się zupełnie inny model samochodu, ale z tej samej stajni.
Nadużyciem byłoby stwierdzić, że Opel to jest to samo, co Chevrolet. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi samochód budowany przez GM w Korei Południowej, który o wyścigach na ćwierć mili po ulicach Detroit prawdopodobnie nawet nie słyszał od starszych braci. Jak miał o tym słuchać kiedy jego amerykańskość sprowadza się do dumnie umieszczonego znaczka, który zresztą w tym przypadku znajduje się praktycznie w połowie wysokości przedniego zderzaka. Ale co tam, Volvo w modelu 480 tak bardzo chowało grill, że był praktycznie niewidoczny.
Wracając do estetyki, najbardziej w Aveo uderza agresywne i mocne spojrzenie. Cztery lampy śledzą każdy ruch potencjalnego przeciwnika i wydaje się, że wóz gotowy będzie do natychmiastowej reakcji na jakikolwiek atak. Prawie jak wojska NATO, kiedy padnie hasło Artykułu Piątego.
Podobne podejście zastosowano w latach 70. w modelu Kadett. To nic, że źródłem napędu był tu rachityczny silnik o pojemności aż jednego litra i mocy niespełna 50 koni, skoro nie każdy konkurent wytrzymywał siłę spojrzenia. Trzeba przyznać, że w Aveo było pod tym względem niewiele lepiej, bo tylko 1.2, ale w porywach pod maską mogło wylądować nawet 1.4, wszystko z Corsy.
Trudno powiedzieć czy podejście projektantów GM jest słuszne, ale stosowano je po wielokroć i chyba by tego zaprzestali, gdyby się nie sprawdzało. Bądźmy szczerzy, chcemy czasem zobaczyć w naszym aucie pazur, nawet jeśli sprowadza się on tylko do deklaracji a nigdy nie dochodzi do rozmów o ich pokrywaniu.